niedziela, 20 sierpnia 2017



Z CHUDYM WAWRZYŃCEM SPOTKANIE PIERWSZE


  Trzeci raz rozkładam wszystko na stole. Przeglądam, sprawdzam i prowadzę w głowie tajemnicze poszukiwania tego czego mogłem zapomnieć. Co się dzieje? Czy ja pierwszy raz wybieram się w biegać w góry?! Czy to trema przed spotkaniem z legendą?


Zdjęcie użytkownika Adam Przybyła.


ZNAJOMOŚCI POCZĄTEK


Na Chudego Wawrzyńca trafiłem szukając czegoś, co pozwoliłoby mi pobiec więcej niż zeszłoroczne 64km, ale miało mniej niż 100km. Wtedy jeszcze limity na Chudym wydawały mi się jakieś takie przyjazne, jakoś podejrzanie długie. Czemu nie, pomyślałem, dystans, ukochane Beskidy i ... coś jeszcze. Było coś w rysunkach Chudzielca, co zapowiadało bieg inny niż wszystkie, zapowiadało przygodę i solidne wciry bez głaskania po główce. Ale może to tylko taki marketing...

  Do biura zawodów dotarłem jakieś pół godziny po jego otwarciu. Jakoś tak mi się spieszyło. Klimat lekko wakacyjny, ktoś poprawia flagi z logo sponsora, ludzi niewiele, a w powietrzu wisi jeszcze południowy żar upalnego piątku.W biurze pierwsza niespodzianka - do pakietu dostaję stuptuty z logo Inov8 idealnie pasujące do moich butów tej samej marki. Strzał w dziesiątkę - pożyczone zostają w torbie!
  Kilka godzin później pojawiam się na odprawie. Ilość spotkanych znajomych sprawia, że czuję się jak w domu. W dodatku odprawa przypomina raczej spotkanie starych przyjaciół przed wycieczką w góry. Nie ma napuszenia i śmiertelnej powagi przed "ogromnie poważnym i niebezpiecznym ultra", jest za to pasja, miłość do gór i do biegania - już mi się tu podoba.


GOTOWI DO STARTU?


   Na sen jak zwykle było zbyt mało czasu. Budzę się robiąc kawę i żel do softflaska, pasujący do mojego eksperymentu z dietą tłuszczową. Kiedy dojadam resztę jajecznicy słyszę już pod oknem głosy zmierzających na start. (tak, z moim szczęściem można znaleźć w przepełnionej wiosce, na 2 tygodnie przed startem, miejsce noclegowe 50m od startu.). Zegarek pokazuje 3:50, późno! Wrzucam plecak na ramię i wybiegam w stronę startu.
  Dookoła pełno ludzi, ze sceny słychać Krzysztofa zagrzewającego ultrasów do walki, szukam znajomych twarzy, ale trudno kogoś rozpoznać, jest ciemno. Ania dostrzega mnie pierwsze, życzy powodzenia. Jest z nami mimo, że pobiegnie naszym śladem dopiero za jakiś czas - zamykać trasę.
Sprawdzam jeszcze szybko wiązanie butów, poprawiam plecak, na rozgrzewkę nie ma już czasu, słychać odliczanie. Ruszamy!


foto by FotoMaraton

ULEWNY POCZĄTEK PRZYGODY


  Wybiegamy ze strefy startu, nie jest tak jasno jak sądziłem. "Przy tej pogodzie czołówka może się przydać" - może trzeba było posłuchać, moje światełko zostało jednak w pokoju. Trudno trzeba będzie sobie jakoś poradzić.
   Pierwsze krople trochę zaskakują. Wczorajsza prognoza o całodziennym zachmurzeniu  wydawała się zbawieniem, zwłaszcza po skwarnym piątku - ale o deszczu nie było mowy. O ULEWIE! Nieoczekiwany prysznic dopada wszystkich. Część osób zatrzymuje się, żeby wydobyć z plecaka kurtkę. Myślę o mojej - nie - jeszcze nie pora, nic to nie zmieni.
Kiedy wybiegam na szczyt Rachowca jest już dość jasno i potwornie mokro, błyski rozświetlają co chwilę jeszcze ciemne niebo, słychać też wyraźne grzmoty nad wyższymi szczytami. Od czasu rozbiegu na asfalcie podobne oberwanie chmury zmoczyło nas już chyba ze 3 razy, właściwie wszystko mam mokre.  Na zbiegu ktoś tuż przede mną zalicza mało delikatne spotkanie z mokrą trawą. "Wszystko ok?". "W porządku, nic mi nie jest".
  Biegniemy w strugach deszczu, świt walczy z gęstymi chmurami, robi się lekko depresyjnie, ale na depresję nie ma czasu, bo niebo pęka raz z lewej, raz z prawej, czasem tuż nad głową, ciągle leje...


KRYZYS i ODRODZENIE


  Kikula zabiera mi dziwnie dużo sił, kilometry wprawdzie przybywają szybko, ale mam wrażenie jakby baterie się kończyły. Kryzys? Już?! Wciągam pół softflaska żelu własnej produkcji i próbuję przekonać głowę, że to jeszcze nie pora na wakacje. Ledwie ciągnę nogi, a siły wypływają niczym woda z dziurawego bukłaka. Na chwilę uwagę odwraca pękające niebo tuż nad głową. Gdzie te schody na Raczę? Pojawiają się trochę z zaskoczenia, nareszcie. Na szczycie robię przegląd kieszeni, opróżniam softlaska do końca. Trzeba się ogarnąć, przecież to nawet nie połowa trasy. Teraz będzie z górki, a na Przegibku ma być podobno królewski bufet, dam radę. Niesiony chyba wizją drożdżówek i jagód ze śmietaną zostawiam kryzys pod schroniskiem, bo idzie jakoś łatwiej, przestało też wreszcie padać. Na drogę do schroniska wypadam z lasu w kompletnej mgle, jeszcze kawałek, taśmy wskazują drogę do królewskiej uczty - legendy były prawdziwe!  Wyjadam chyba połowę arbuza przegryzając pomarańczami. No i te jagodyyyy mmm! Siły powoli wracają, choć spędzam tu zbyt dużo czasu. W drogę! do punktu na Rycerzowej już bardzo niedaleko. Wybór zapadł właściwie kilka miesięcy temu, nad pytaniem o trasę nie zastanawiam się nawet sekundy, skręcam w prawo, do limitu ponad godzina, ale prawdziwe wyzwanie dopiero przede mną.


Zdjęcie użytkownika Foto IrmaS.
foto by IrmaS https://www.facebook.com/fotoamri/ 

NA ŚLISKIM GRUNCIE


  Kiedy kilka tygodni temu rozsądek (od czasu do czasu pojawiający się u biegaczy) podpowiedział mi, żeby zrobić rekonesans części trasy, ten odcinek był rzeką błota, a każdy krok był pytaniem o bliskie spotkanie z błotnistą mazią, odbierającym chęć do walki. Maź tym razem była podobna (czy tu zawsze jest błoto?), ale na nogach miałem już nie górskie Montraile ale Rocklite z pazurem prawie takim jak w kilku kultowych modelach Inov8. Wszechobecne błoto straciło swoją grozę. Nawet pierwsza ściana płaczu dała się pokonać bez wybitych zębów. Walczyliśmy z nią w 7 osób, przytrzymując się wszystkiego i wszystkim. Na szczycie śliskiej udręki przyszło na niektórych gorzkie rozczarowanie - "To to był ten Oszust?", "Nie, to była rozgrzewka, Oszust jest o połowę wyższy", "JAK TO WYŻSZY?!"
  Słupek na szczycie Oszusta był niczym flaga zatknięta na Evereście. Ognisko, krótka przerwa na dwa zdania zamienione ze zmarzniętymi wolontariuszami, jeszcze chwilę czekamy na resztę 'drużyny' i w dół. Teraz do przełęczy już tylko w dół.... no nie całkiem.
  Glinka (no ciekawe skąd taka nazwa) powitała nas kolejnymi smakołykami i przemiłą obsługą. Z odnowionymi siłami zaczynam wierzyć, że mostek w Ujsołach jest bardzo realny. Do limitu sporo czasu a to przecież tylko jakieś 24 kilometry... Głowa pozbawiona balastu przejmowania się limitem czasu odpływa gdzieś z myślami i kilometry na zegarku mijają jak sekundy. Nie spieszę się bardzo, nie mam teraz ochoty na kolejny kryzys, wiem że zdążę. Pilnuję słupków granicznych - dobrze, że już tu byłem, w kilku miejscach pomaga to się nie pogubić. Rozpoznaję ścieżkę - gdzieś tu zaczyna się czerwony szlak na Lipowską. Jeszcze jeden zakręt - z daleka widać oznaczenia punktu na 3 Kopcach i dwie sylwetki w kurtkach przeciwdeszczowych. Z bliska rozpoznaję znajome twarze - Dorota zakłada mi czarną opaskę - stoją tu z Krzysztofem od rana na deszczu i zimnie i to bez drożdżówek z Przegibka. Do schroniska na Lipowskiej niecałe 3 kilometry - prawie w domu - potem już tylko w dół.


GDZIE TEN MOSTEK?


  Puścić się pędem w stronę mety nie pozwala jedynie kłujący ból w kolanie, protestujący od pewnego czasu coraz bardziej stanowczo przy próbach galopu po kamieniach. Trudno, teraz choćby na jednej nodze, może być wolniej, do mety niedaleko. Szlak dłuży się jednak niemiłosiernie, tempo spadło mocno przez kolano, ale też boję się przegapić zejście na czarny szlak - w Rajczy może znajdę jakiś mostek ale na pewno nie metę. Wreszcie dostrzegam taśmy wskazujące początek ostatniego odcinka.
  Dwójka przyczepiona na drzewie - na którą mało nie wpadam - wygląda prawie jak napis "META". Jeszcze kilka zakrętów, widać budynki i kościół w Ujsołach. Na ostatnim zbiegu mijam jeszcze kilka osób, zapominam o bolącym kolanie. Jeszcze kawałek asfaltu, mostek (TEN mostek) i JUŻ! - chyba właśnie ukończyłem najdłuższy dystans w moim życiu!
  Na mecie czekają przyjaciele - to z myślą o nich pokonuje się te najtrudniejsze momenty trasy, a świadomość tego, że ktoś tam na końcu czeka dodaje sił lepiej niż wszystkie możliwe żele.



Chudy Wawrzyniec jest na pewno biegiem innym niż wszystko co do tej pory biegałem. Trudno nawet powiedzieć co tak naprawdę jest tym, co jest tu takie niezwykłe, bo składa się na to wiele elementów. W nadziei, że Chudy pozostanie takim biegiem jaki poznałem, będę tu wracał tak często jak się da, żeby odnaleźć to 'coś' na nowo.
Dla organizatorów gratulacje i piątka z plusem za organizację, dla wolontariuszy wielkie podziękowania za wszystko w czym nas wspieraliście.


profil trasy 80+ by Chudy Wawrzyniec

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Z CHUDYM WAWRZYŃCEM SPOTKANIE PIERWSZE   Trzeci raz rozkładam wszystko na stole. Przeglądam, sprawdzam i prowadzę w głowie tajemnic...